Światopogląd naukowy, tak samo jak każde inne wyznanie oparte na ślepej wierze w słowa autorytetu, wyklucza samodzielność i niezależność myślenia, a czasem wręcz blokuje możliwość dokonania wielkiego odkrycia, ponieważ pozostający pod wpływem dogmatu badacz może nie dostrzec prawdy, która wprost leży przed jego nosem.
Na pewno każdemu zdarzyło się śmiać z parafianina, który, gdy został "przyciśnięty do muru" i zmuszony do zabrania głosu w trudnej dyskusji na tematy moralne, nie mając odwagi myśleć i wyrażać własnych opinii, zastrzegł, że najpierw musi spytać księdza proboszcza i dopiero po usłyszeniu jego zdania na dany temat może się wypowiedzieć. Widzimy głupotę takiego zachowania i bardzo nas to śmieszy.
Szkoda tylko, że z reguły nie dostrzegamy identycznego zachowania "racjonalistów", a nawet uczonych.
Dwa przykłady w życia wzięte:
Na liście dyskusyjnej umieściłam godną zastanowienia wypowiedź doktora fizyki na temat astrologii, na co pewien astrofizyk, wykładowca wyższej uczelni, odpowiedział mniej więcej tak: "No nie wiem, co o tym myśleć. Pozwolę sobie przeforwardować tego maila na listę dyskusyjną sceptyków i dopiero po zapoznaniu się z ich opinią zajmę określone stanowisko".
Pewna pani biolog, w ostatnią sobotę lipca 2004 r., w radiu Tok Fm wyraziła opinię, że gdyby 50 lat temu ktoś powiedział biologom, że zwierzęta myślą, to zostałby wyśmiany, ponieważ wtedy uważano, że zwierzęta kierują się wyłącznie instynktem. Pani uczona wyraziła swą radość, że dziś naukowcy już tak nie uważają - przełom nastąpił dzięki pracy badacza japońskiego, nie wyćwiczonego w zachodnim sposobie myślenia, co sprawiło, że jego widzenie rzeczywistości było czyste i obiektywne. Mówiąc brutalnie i bez ogródek - facet nie był ogłupiony przez zachodnie dogmaty naukowe ani mentalne. Już prawie się ucieszyłam, że oto mam do czynienia z osobą niezależnie myślącą, wyciągającą wnioski z wcześniejszych błędów nauki i zdolną dostrzec jej dogmatyczność, ale moja radość okazała się przedwczesna. Już po chwili, gdy do radia zadzwoniła słuchaczka z zapytaniem, czy pani biolog słyszała o badaniach dra Ruperta Sheldrake'a i o jego teorii pola morfogenetycznego, pani biolog ofuknęła ją za takie głupie gadanie i orzekła, że jest racjonalistką, więc odrzuca zdecydowanie jako niesłuszne wszystko to, co nie zostało zatwierdzone przez oficjalną naukę. Oto logika prawdziwie naukowa. W dalszej części audycji obwieściła z radosnym szczebiotaniem, że od czasów prac jakiegoś uczonego, którego dorobek naukowy jest wielki a jego autorytet jeszcze większy "WOLNO NAM MYŚLEĆ W TAKI SPOSÓB, bo przedtem TAK MYŚLEĆ NAM NIE BYŁO WOLNO".
Są to przykłady tak kuriozalne, że chyba nie da się tego skomentować bez używania mocnych słów...
Życzę tej pani, żeby żyła długo i doczekała czasów, gdy za kolejne 50 lat nasi potomkowie będą się tarzać ze śmiechu czytając to, co dzisiejsza nauka uważa za niepodważalną prawdę i wyśmiewając się z tego, że nam, biedakom, w tych ciemnych czasach, w których przyszło nam żyć, nie było wolno myśleć.
środa, 30 kwietnia 2008
Bezmyślność wyznawców światopoglądu naukowego
Ateistyczny mit o stworzeniu świata
Ateista to osobnik uważający siebie za niedościgłego mistrza nieskazitelnej i niezawodnej logiki. Szkoda tylko, że nie widzi, że w jego myśleniu tej logiki zupełnie brakuje.
Twierdzi on, że świat powstał "przez przypadek".
Czym różni się od katolika, muzułmanina czy wyznawcy innego bóstwa ktoś, kto wierzy, że stwórcą świata jest twór o imieniu Przypadek? Chyba wyłącznie tym małym i nieistotnym szczegółem, że ateista nie oddaje Przypadkowi czci...
Niech mi jakiś ateista wytłumaczy, dlaczego wiara w stworzenie świata przez niejakiego Przypadka jest bardziej naukowa niż wiara w stworzenie świata przez Boga?
No, bardzo proszę mi to wytłumaczyć!
wtorek, 1 kwietnia 2008
Wiara w horoskopy to zrzucanie odpowiedzialności za własne grzechy na przyrodę nieożywioną
Pewien były (obecnie nawrócony religijnie) astrolog, który jeszcze niedawno nosa z domu nie wyściubił bez dokładnego sprawdzenia w „gwiazdach”, czy jest to bezpieczne, stał się nagle zajadłym wrogiem astrologii i czytelników stron kościelnych straszy tą dziedziną wiedzy niczym szatanem.
Pisze on tak: „Zwróćmy uwagę na ważny aspekt astrologicznych przepowiedni, iż naruszają one prawdę o wolnej woli człowieka i możliwości zasługiwania przed Bogiem. Co więcej wiara w horoskopy jest po części zrzuceniem odpowiedzialności za własne grzechy, słabości czy też niepowodzenia na przyrodę nieożywioną”.
Brzmi bardzo efektownie, ale niestety to twierdzenie jest fałszywe.
Astrologia nie zakłada wpływu gwiazd na ludzki los i tym samym nikogo nie zwalnia z odpowiedzialności za jego własne postępowanie. To nie planety nami rządzą. Władzę nad naszym życiem mają wyłącznie nasze własne wady i zalety charakteru. Horoskop jest tylko narzędziem diagnostycznym, które może doradzić właścicielowi horoskopu, w jaki sposób powinien nad sobą pracować, żeby przyniosło to najlepsze rezultaty.
A co do smutnego przypadku pana astrologa: najpierw całkowicie, wręcz narkotycznie uzależnił się on od horoskopów, a obecnie tak samo uzależnił od religii i jej rytuałów. A więc wyleczył dżumę cholerą i jedno uzależnienie zastąpił innym. Czy zdrowszym? W żadnym wypadku. Uzależnienie zawsze pozostaje uzależnieniem, nawet jeśli jest to uzależnienie od religii. Naiwnym może się to wydawać zbawienne i słuszne, ale niestety nie jest. Jest więc oczywiste, że do zdrowia mu równie daleko jak wtedy, gdy tkwił w szponach astrologii.
Wyzdrowieje dopiero wtedy, gdy nabierze dystansu zarówno do astrologii, jak i religii.





